wtorek, 29 września 2009

Przyszła



Szłam po dywanie
miękkim, mokrym, żółtym

Słuchałam muzyki,
którą skomponował deszcz
uderzając o granatową parasol

Jak piłeczka
podskakiwałam omijając kałuże
na swej drodze

Mimo iż nie chciałam,
to i tak wróciłam mokra do domu

Nie zapraszałam jej
Ona sama przyszła

Witaj!

wtorek, 8 września 2009

Będzie nieco dłużej, nudniej ale z happy end'em;)




Ta historia wydarzyła się kilka lat temu. Powróciłam do niej pamięcią, bo wydarzenia ostatnich dni zasiały we mnie zwątpienie....

Grupa sześciorga dobrze znających się ludzi, w tym ja, postanowiła zwiedzić nieznany kraj. Możliwości były niewielkie, oszczędności na wagę złota ale determinacja ogromna. Ten błysk w oczach każdego z nas, gdy pojawił się taki od niechcenia wypowiedziany przez jedną osobę pomysł, sprawił, że od początku wyprawa była skazana na powodzenie..

Mieliśmy niecałe dwa tygodnie by zwiedzić jak największy obszar tego Wielkiego kraju. Poruszaliśmy się wynajętym samochodem ale by było szybciej kilka rejsów powietrznych też wykonaliśmy. Nocowaliśmy w tanich hotelach, odwiedzaliśmy tanie restauracyjki-i tu niespodzianka, najlepsze naleśniki z syropem klonowym jadłam właśnie w takiej restauracji:). Kompromis na każdym kroku był wymagany, inaczej cała wyprawa poszłaby na marne.

Zbliżaliśmy się już ku końcowi naszej wyprawy. Byliśmy mocno zmęczeni, energii prawie w nas nie było. Coraz częściej pojawiły się konflikty więc postanowiliśmy zrobić sobie chwilę odpoczynku od siebie. Każdy mógł pójść gdzie chciał, to był czas na indywidualne zachcianki. Umówiliśmy się tylko co do miejsca i godziny zbiórki. Samochód zostawiliśmy pod restauracją i w drogę. Chyba potrzebowaliśmy takiego czasu wyciszenia od siebie dlatego nasze powroty były niezwykle radosne, z uśmiechami na twarzach. Jedni byczyli się na pobliskiej plaży, ktoś buszował po sklepikach, inny z aparatem na szyi zwiedzał pieszo odwiedzane miasto. Nie było nas 5 godzin.
Udając się w stronę pozostawionego samochodu, w niezwykle radosnych humorach w sekundzie nasze twarze przybrały pozę przerażenia. Nie było naszego wynajętego samochodu! Pierwsza myśli - złodzieje! Udaliśmy się do restauracji z nadzieją, że może oni coś widzieli wszak kamery były. Roześmiany Pan poinformował, ze nasz samochód został odholowany bo za długo przebywał na parkingu. Później faktycznie okazało się, że stoi znak ostrzegawczy ale my go wtedy nie zauważyliśmy.
Podano nam miejsce z którego możemy odebrać samochód-co wiązało się z kosztami. Pocieszaliśmy się, ze przynajmniej samochód mamy.
Z adresem w ręku idziemy po nasz samochód. Pierwszego napotkanego mieszkańca pytamy czy to daleko-ale on z przekonaniem odpowiada, że nie więc na taxi nie wydajemy pieniędzy tylko idziemy pieszo:)
Tylko to niedaleko przerodziło się w 2 godzinną wędrówkę a my wciąż nie dochodziliśmy do celu. Po drodze nic tylko domy, domy i żadnego parkingu ani jednej osoby, by zapytać o drogę.
Złość przez nas przechodziła. W duchu modliliśmy się by to się już skończyło. I nagle widzimy światło w oddali. Jest nadzieja-pomyśleliśmy. Światło wydobywało się z przydomowego garażu, w którym przebywał jakiś Pan. W skrócie opowiedzieliśmy mu naszą historię i zapytaliśmy o drogę. On zapewnił, że idziemy w dobra stronę ale jeszcze kawałek przed nami. Było dosyć późno więc ów Pan zaproponował, że nas tam podwiezie. W grupie panika jedni za, drudzy przeciw. Nie było czasu na kalkulacje więc stanęło, że jedziemy. Na parkingu okazało się, że nasz samochód tam jest ale jest już zbyt późno aby nam go wydali. Mamy przyjść rano. I tu dodatkowe koszty dochodzą za parking nocny...Nasz nowopoznany znajomy zaproponował,że nas odwiezie do hotelu a rano przyjedzie z powrotem i pojedziemy razem po samochód. Wstępnie zgodziliśmy się, ale już w hotelu zaczęły się podejrzenia. Niektórym wyobraźnia nie pozwalała zasnąć i urodziła się historia, że Pan R. wykorzysta nas a potem zabije...Teraz wydaje się to wszystko zabawne ale wtedy mocno byliśmy zdenerwowani i zestresowani. Rano Pan R. czekał w gotowości pod naszym hotelem z kolejną atrakcją dla nas. Zaproponował, że chętnie zostanie jednodniowym przewodnikiem po okolicy. Nie tylko ja nie byłam gotowa na takie poświęcenie i taki gest. Zbyt dużo 'dobroci' wypływało z jego strony. Podejrzenia co do złych zamiarów potęgowały. Jednak los zadecydował inaczej i zgoda na wspólną podróż została niejednogłośnie wydana.
I na tym można zakończyć historię , bo wszystko co się potem wydarzyło było pozytywne. Pod koniec pięknego dnia już nikt nie myślał o Panu R. jako pseudo-zabójcy. To był niezapomniany dzień z prawdziwym przewodnikiem. Tego, co nam pokazał w życiu byśmy sami nie zobaczyli. Historia z samochodem w tle naprowadziła nas na pomysł by podziękować w sposób szczególny naszemu 'wybawcy'. Zaprosiliśmy go na kolację. Pewnie niewiele z niej zapamiętał;) Dlatego dostał również breloczek na klucze z wygrawerowanymi naszymi imionami. Być może ma ten breloczek teraz z doczepionym kluczykiem od samochodu od którego wszystko się zaczęło..

Zakończeniem tej historii niech będą słowa wypowiedziane przez tego niezwykle uczynnego człowieka. Na nasze pytanie-co skłoniło go do takiego bezinteresownego gestu w naszą stronę-odpowiedział: Dawno temu też przyjechałem do tego kraju i potrzebowałem pomocy, znaleźli się dobrzy ludzie, którzy pomogli. Wy też potrzebowaliście pomocy, nie można było postąpić inaczej...